Jesienna wyprawa na Bałtyk

Jesienne dorsze Wyjazdy na dorsze mają swój niepowtarzalny klimat. Kto doświadczył, ten wie. Wszystko zaczyna się tydzień przed terminem wyjazdu. Sprawdzanie prognoz pogody, monitorowanie siły i kierunku wiatru, a przede wszystkim falowania. Temperatura czy opady wywołują zdecydowanie mniejsze emocje niż tak zwany stan morza.

Cóż z tego, że na dziesięć dni przed wypłynięciem prognozy pogody mają podobną skuteczność, co wróżenie z fusów i tak trzeba sprawdzać każdą aktualizacje stron pogodowych w internecie. To samo dotyczy forów wędkarskich, na których można poznać efekty połowów większości jednostek na Bałtyku zabierających wędkarzy na połów dorszy. Generalnie im bliżej dnia wyjazdu, tym rzadziej w rozmowach z kumplami pojawiają się inne tematy poza morskimi. Wreszcie upragniony wyjazd. Godziny w pracy dłużą się niemiłosiernie przerywane kontrolą aktualizacji prognoz pogody i smsami od kolegów, którzy już się pakują albo robią ostanie zakupy w wędkarskim. Wybija 18:00, szyper potwierdza wyjście w morze i jedziemy. Tym razem kurs na Łebę i kuter Hydrograf. Podróż mija błyskawicznie. W aucie nie ma co włączać radia, ponieważ całą drogę rozprawiamy o rybach, sprzęcie i technice połowu. Jedzie nas czterech. Ja Maciek i Andrzej mamy już doświadczenie w morskich połowach, ale jest jeszcze Marcin, który pierwszy raz zawita na kutrze. Nowicjusz mocno przeżywa swój debiut, najbardziej obawia się choroby morskiej. W ekstatycznej atmosferze zajeżdżamy do Łebskiego portu. Zajmujemy dogodne miejsca na kutrze i szykujemy sprzęt przed wypłynięciem. W Łebie łowi się raczej płytko, więc najlepiej sprawdzą się wędki stosunkowo lekkie jak na morskie warunki, ale przede wszystkim długie, przystosowane do dalekich rzutów i łowienia w opadzie.

Razem z Maćkiem zbroimy Team Kongery Clasic Pilk o ciężarze wyrzutowym do 120g i długości 3,15m Ja do swojej wędki doczepiam kołowrotek Ryobi Arctica 4000 z nawiniętą ośmiosplotową plecionką 0,12mm. To ostatnio mój ulubiony zestaw.

6:00 wypływamy! Niestety dość szybko po wypłynięciu z portu obawy Marcina się potwierdzają i dopada go choroba morska. Czasami tak bywa, ale twardziel nie ma zamiaru odpuszczać.Po ok godzinie dopływamy na pierwsze łowisko. 30 metrów głębokości i wreszcie zaczyna się łowienie. Pierwsze napłynięcia nie przynoszą specjalnych rezultatów. Rybki - jak to się mówi -„pojedynczo pakowane”, ale cos się dzieje. Nawet Marcin, choć umęczony chorowaniem, zapina swojego pierwszego dorsza. Emocje podczas holu niwelują trochę nudności, to przecież nie są płotki z Kanału Żerańskiego. Ryby trzeba wypracować. Nie łowimy w dużych ławicach, w których kowadło z kotwicami może być przynętą. Tu trzeba kombinować, szukać ryb(pojedynczych) daleko od kutra i innych wędkarzy, a także umieć sprowokować jej do brania.

Wędkarze na kutrze dziwią się obserwując nasze zestawy. Po pierwsze, pilker z jedną kotwicą.

U przeważającej większości wędkarzy pilkery mają dodatkową górną kotwicę. Po drugie, lekki 50-100g pozostali minimum 150g, a co poniektórzy 250g. Po trzecie jedna przywieszka. Widziałem na kutrze zestawy z pięcioma. Zdziwienie kolejne podczas zarzucania. Jesteśmy jedyni stosujący technikę „zza głowy” i w tak dużej odległości od kutra. Słyszałem opinie, że tak dalekie rzuty mogą zagrażać bezpieczeństwu innych jednostek. Szybko się jednak okazuje, że to nasze „dziwne” łowienie przynosi efekty. Kolejne napłynięcia odbywają się według stałego rytuału. Sygnał do łowienia, wszyscy poza nami opuszczają ciężkie przynęty w dół pod kuter, a my te nasze mikruski hen daleko przed siebie. Zdarzyło się, że zanim mój zestaw sięgnął dna, sąsiad przekonał się, że pod kutrem ryb nie, ma zwinął swoją wędkę i siadał zrezygnowany, by poczekać na następne napłynięcie. Ja w tym czasie, przy odrobinie szczęścia, zacinałem gdzieś daleko pojedyncze dorsze. Rybki nie były ogromne, ale w większości wymiarowe.

Tu trzeba nadmienić, że po raz kolejny nasze zachowanie wzbudziło zainteresowanie. Mianowicie, wypuszczaliśmy niewymiarowe ryby co - jak widać - nie jest jeszcze standardem wśród wędkarzy.  W godzinach porannych ryby reagowały na delikatnie prowadzona przynętę i atakowały głównie podczas jej swobodnego opadu. Sytuacja zmieniła się popołudniu. Kto nie zmienił techniki łowienia, przestawał mieć jakikolwiek kontakt z dorszami. By sprowokować je do brania trzeba było znacznie bardziej dynamicznie operować zestawem. Czasami takie łowienie skutkuje częstym podhaczaniem ryb. Zwłaszcza, gdy do pilkera (niezgodnie z regulaminem) dołączona jest dodatkowa kotwica. Tym sposobem niestety spora część ryb lądowała z kotwica w brzuchu, karku czy ogonie.

Agresywne łowienie nie jest niczym złym pod warunkiem właściwie zbudowanego zestawu. Po zmianie techniki łowienia na naszych zestawach również zameldowały się ładne dorsze, ale z kotwicami w pysku. W końcowej fazie rejsu szyprowi udało się znaleźć miejsca gdzie - przy uciesze gawiedzi - wszystkie wędki się wygięły. W takich napłynięciach warto na chwilę opuścić pilkera prosto pod kuter. Gdy szyper napływa na zgrupowanie ryb przestaje mieć znaczenie jak i na co się łowi. Jeżeli ryb jest dużo, to biorą na wyścigi. W takiej sytuacji zestawy składające się z większej niż dozwolona ilości przynęt stają się ciekawym narzędziem do wykańczania wędkarzy. Holowanie z kilkudziesięciu metrów głębokości trzech lub więcej dorszy to istna katorga, ale za to niektórzy mogą się pochwalić obfitym połowem. Wielokrotnie widywałem zasapanych wędkarzy po kilku takich holach, którzy umordowani nie byli w stanie łowić przez dłuższą chwilę. Poza tym im więcej dorszy na wędce jednocześnie, tym w moim odczuciu mniejsza frajda z łowienia, ponieważ czuć je raczej jako tępy opór, a nie walczącą rybę. Podsumowując, świadome łowienie dorszy to nie próba nadziania ich na monstrualne haki czy hurtowe wyciąganie ich z pod kutra. Istotą takich łowów jest sprowokowanie ryby do ataku. By być w tym dobrym trzeba umieć obserwować, wyciągać wnioski, dostosowywać się do zmiennych upodobań dorszy. Przy odrobinie wprawy można udowodnić zatwardziałym „szarpakowcom” czy „hurtownikom”, ze techniczne i świadome łowienie może być skuteczniejsze i przede wszystkim dużo przyjemniejsze. Cała nasza czwórka połowiła ładnie, nawet Marcin, który chorował cały rejs.

Pomiędzy dorszami trafiliśmy kilka pięknych diabłów morskich, które razem z pojedynczymi niewymiarowymi dorszami wróciły do Bałtyku.

Połów może nie gigantyczny, ale przy tak zmiennych nastrojach ryb uważam za całkiem niezły, świadomy, przemyślany i jak zwykle bardzo smaczny.

Marek Komar