Morski Zimowy Puchar Berlina

Burgstaacken i kolejna edycja Zimowego Pucharu Berlina, czyli "Berlin Winterpokal" w oryginalnym brzmieniu ;-). W tym roku zwiększyliśmy siłę rażenia i zamiast we trójkę, jedziemy w drużynie pięcioosobowej.

Tomasz Frelik, Piotrek Nowakowski i niżej podpisany, to już "weterani" tej imprezy. Pierwszy raz jadą z nami Marcin Seń i Grzesiek Basiak. Ich doświadczenie na Bałtyku i świeże spojrzenie może być bardzo potrzebne.

Dziesięciogodzinna podróż mija błyskawicznie. W Heiligenhafen jesteśmy o 14. Robimy małe zakupy - czyli dokładamy jeszcze troszkę biżuterii, do i tak pełnych pilkerów pudełek, ale wiadomo, a nuż ten nowy pilkerek zagra..? Nic nowego. Dwadzieścia kg przynęt, a łowi się na trzy...

Poranek na "Karolinie" wita nas bardzo silnym i nieprzyjemnym wiatrem. Ale jednostka jest wspaniała.

Sztormowe szkwały nie robią na niej większego wrażenia. Pierwsze napłynięcia i pierwsze ryby. Łowię krótkiego dorsza, ładnego witlinka i znów krótkiego dorszyka.

Nasi gospodarze raczej nastawiają się na lżejsze łowienie i częściej trafiają witlinki. Nie są to duże ryby, ale dają punkty. W końcu mam dwa dobre dorsze, a tuż przed zmianą stanowisk trafiam wreszcie rodzyneczka.

Po trudnym, kilkuminutowym holu na lekkim zestawie, podbieram grubego, blisko 5 kg dorsza. To już miła ryba.

Szczególnie na zawodach. Chłopaki też wyciągają kilka ryb, ale rewelacji nie ma. Po zmianie stanowisk, nie jest lepiej. Pojedyńcze dorsze i nieco więcej witlinków.

Warunki cały czas bardzo trudne. Mimo słońca, wiatr jest nieznośny. Wreszcie sygnał kończący rywalizację. Bardzo wyczekiwany ;-).

Przy miarze okazuje się że mam największą rybę zawodów, a moje 9 sztuk - 5 dorszy i 4 witlinki dają mi 2 miejsce w zawodach!

Cała nasza drużyna punktowała.

Ale najważniejsze, że mimo zmęczenia pogodą, niespecjalnie imponującymi wynikami, humory dopisują. Każdy z nas coś podpatrzył, czegoś się nauczył...

A przede wszystkim spędził czas na wodzie, w świetnym, międzynarodowym towarzystwie, bez barier językowych, złych emocji, czy zawiści. To ważne. Dla tych kilku, kilkunastu godzin pływania po zimnych wodach Morza Północnego, warto było jechać ponad tysiąc kilometrów w jedną stronę...

I to nie tylko moja opinia. Wszyscy jesteśmy pod wrażeniem życzliwości i serdeczności z jaką się tu spotykamy. Nikt nie narzeka. Nie zrzędzi na rybaków, kormorany i plamy na słońcu.

Ogromna dawka pozytywnej energii. Czy jeszcze tu wrócimy? Mam nadzieję... Ogromne dzięki dla chłopaków: Tomka, Piotrka, Marcina i Grześka...

Za zaangażowanie, wspólną pracę, a przede wszystkim za humor i podejście z lekkim przymróżeniem oka...

Bez zawiści, zakapiorstwa i przede wszystkim gwiazdorstwa... Wszyscy pracowaliśmy na wynik, wszyscy dbaliśmy o klimat. I udało się perfekcyjnie :-).