Na skandynawskim lodzie

Wczesnowiosenną wyprawę do Szwecji planowaliśmy od dawna. Naszym celem są nie okazałe okonie, pstrągi, czy szczupaki tylko... sieje.

Łowione na ostatnim lodzie, w płytkich rejonach Zatoki Botnickiej. No właśnie. W płytkich. Do tej pory sieja kojarzyła mi się z mazurskimi toniami, błystką, a tutaj głębokość naszych łowisk nie przekraczała półtora metra...

Podróż do naszej bazy w miasteczku Rundvik zajmuje 12 godzin. Lot do Sztokholmu, godzina w autobusie i pociąg przez 3/4 Szwecji.

Absolutnie godna polecenia. Piękne krajobrazy, wygodny transport i nietuzinkowi towarzysze wyprawy... Droga nie dłużyła się w najmniejszym stopniu.

Okolo godziny 23 z dworca w Nordmaling odbiera nas Krzysztof. Już sam herb miasteczka z okazałym szczupakiem na niebieskim tle, wyraźnie sugeruje czym żyją mieszkańcy i przyjezdni... Po rozpakowaniu klamotów, jemy jeszcze kolację w postaci flaków przywiezionych z kraju, wypijamy na dobranoc po kieliszku... hmmm... koniaku , słuchamy relacji Krzyśka z ostatnich kilku dni na wodzie i głodni przyszłych, zapowiadanych wrażeń, idziemy wreszcie spać. Pierwsze dwa dni "docieramy" się.

Inne warunki, inne łowienie, przepiękne okoliczności przyrody... Jest cudownie. W nocy mróz do 10 stopni, w dzień 15 na plusie. I ani jednej chmurki... Brakuje za to ... ryb . Jest słabo. Trochę okoni, mnóstwo cierników, siei brak. Miejscowi też czekają na sieje, która według nich powinna się pojawić lada dzień...

I wreszcie trzeciego dnia, na naszej zatoczce, niedaleko domu, Krzysztof otwiera łowisko... W ciągu kilku minut ma ładnego pstrąga i w chwilę po nim pierwszą, kilogramową sieję. I przerwa.

Po obiedzie jedziemy na drugie łowisko. I tutaj też zaczyna coś się dziać. Pierwsze dwie ryby spinam. Po prostu są ... za duże... Ale wrażenie niesamowite. Tu łowi się na wzrok. Duża mormyszki, bądź żuczek, żadnego robactwa i drobna praca przynętą. I nos przy dziurze, przepraszam. Przy przeręblu... Dno widać doskonale. Piasek, kamyczki i nagle, znikąd pojawia się piękną ryba.

Nie trafia. Poprawia. Zacięcie, kołowrotek gra, sieja szaleje... I jeśli się trafi nią od razu do otworu, jest dobrze. Jeśli nie, często spada, odbija się od podwodnej krawędzi lodu. Czasem, w zasięgu wzroku pojawiają się dwie, trzy... I krążą. I... Atakują! Wrażenie niesamowite! I klimat... Klęczę na lodzie w samej koszulce, dookoła jeszcze ośnieżone drzewa, bezkresna zatoka i sieje... Strasznie mi się tu podoba...

Oprócz siei, czasem trafiamy lipienie, mieliśmy z Karolem po grubym szczupaku - nawet ich nie widzieliśmy... Do końca pobytu, scenariusz podobny. W powietrzu czuć nadchodzącą wiosnę. A lód cały czas wspaniały. Bezpieczny, minimum 50 centymetrowy... Wszystko razem, ryby, krajobrazy, klimat, atmosfera i ludzie z którymi jestem, tworzą niesamowitą mieszankę. Zupełne wyłączenie się. I to nie amok łowcy. Bo to, że ryby są, jest miłe.

Ale nie najważniejsze. Czuję się doskonale. Energetycznie. Spokojnie. Bez pośpiechu... Dziesięć dni mija za szybko... Ostatniego dnia łowimy tylko do południa, bo już o drugiej mamy autobus... I nawet tych kilka przedpołudniowych godzin daje nam jeszcze i ryby i możliwość poobcowania z dziką przyrodą... Na pewno tu wrócę. Do moich kamieni w "Lipieniowej zatoce", do ścieżki przez las, którą wędrowaliśmy na jezioro, do moich srebrnych siei... Jeszcze się spotkamy. Na pewno...