Podlodowe Mistrzostwa Polski 2016

Zima, to pora roku która dla wielu wędkarzy jest martwym sezonem. To czas przemyślanych zakupów, przeglądu sprzętu, dopieszczenie go przed wiosną.

To czas, kiedy wielu z nas wspomina miniony rok, wyprawy udane i te zupełnie nieciekawe... I śledzi prognozy pogody. A nuż w tym roku wiosna przyjdzie wcześniej?

Jest jednak zupełnie niemałe grono wędkarzy, którzy z utęsknieniem czekają mrozów. Prawdziwej zimy i lodu... Wędkowanie z grubej bezpiecznej tafli, to zupełnie inny wymiar wędkarstwa. Dla wielu nie ma piękniejszego przeżycia niż gruby okoń ciągnięty z kilkunastu metrów na blaszkę, płocie łowione na maleńkie mormyszki, czy wyczekane, piękne leszcze z nęconej dziury.

 

Patrząc przez pryzmat wędkarstwa sportowego, dyscyplina podlodowa od dawna stoi w Polsce na bardzo wysokim poziomie. Nasza reprezentacja od lat odnosi sukcesy na arenie międzynarodowej, a nazwiska takie jak Nysztal czy Florczak są znane na całym świecie wśród podlodowej braci.

 

Od kilku sezonów KONGER również wystawia swoją drużynę. Od tego roku pod zmodyfikowaną nazwą podkreślającą dyscyplinę KONGER ICE TEAM Warszawa.

Niestety dwa pierwsze lata startów płaciliśmy „frycowe” i nasze wyniki dość daleko odbiegały od ambitnych założeń. Kilka pojedynczych dobrych wyników sektorowych to zdecydowanie za mało, żeby zrobić dobry wynik drużynowy. A właśnie drużyna była i jest dla nas najważniejsza.

 

W tym roku na zimę czekaliśmy dość długo. Optymistyczne prognozy zaczęły nadchodzić z początkiem roku. Organizatorzy zawodów nie zasypywali gruszek w popiele i bardzo szybko pojawiły się pierwsze komunikaty informujące o zbliżających się Mistrzostwach Polski.

Sama formuła Mistrzostw jest bardzo ciekawa. To nie pojedyńcze zawody, ale cykl dwu trzyturowych imprez. W poprzednich latach udawało się rozgrywać tylko jedne zawody, ale tegoroczne prognozy dawały nadzieję na odbycie pełnego cyklu.

Nasza drużyna to mieszanka świeżej krwi z doświadczeniem. Maciek Fabisiak ( złoty medal MP 2011 rok ), Rafał Pykało ( brązowy medal MP 2008 ) i niżej podpisany – Piotr Kozak ( złoty medal MP 2001, brązowy 2008 i drugie miejsce w GPX Polski 2004 ), to zawodnicy z bogatym doświadczeniem startowym. Nasi debiutanci na arenie ogólnopolskiej– Marek Komar i Kamil Miłoński to zawodnicy bardzo dobrze spisujący się w zawodach lokalnych, wnoszący zupełnie świeże spojrzenie i dodatkowy bodziec do rywalizacji.

PUCHAR BISKUPCA

Kamil z Markiem już w poniedziałkowy wieczór meldują się na kwaterze w Kromerowie. Na wtorek mają za zadanie przebadać łowiska pod kątem głębokości i wykonać prowizoryczną mapę batymetryczną. My z Maćkiem i Rafałem we wtorek wieczorem wyjeżdżamy z Warszawy. Po drodze odbieramy jeszcze część robaków i dopiero około północy meldujemy się na miejscu. Omawiamy plany na następny dzień i około 3 kładziemy się spać...

Trening – dzień pierwszy – jez. Dadaj

Korzystamy z mapy przygotowanej przez chłopaków i obstawiamy różne strefy łowiska. Jak zawsze za taktykę i zanęty odpowiedzialny jest Maciek. Na lodzie jest już kilkunastu zawodników z innych drużyn. Robimy mały wywiad, podpatrujemy. Jest troszkę płoci, pojedyncze niewielkie okonki. Bez rewelacji. Wiercimy pierwsze dziurki. Testujemy różne sposoby nęcenia. Z podajnika, z góry, jockers, pojedyncza gruba ochotka, ziemia... Niestety. Ryb jest bardzo niewiele.

 

 

Żeby łowić, trzeba „usiąść na rybie”.Jedynie Kamil trafia „złotą dziurkę” i wyjmuje około 20 płoci. Ja też łowię kilka, ale nie udaje mi się utrzymać ryb w łowisku. Zasada jest prosta. Im głębiej – tym więcej ryb. W ostatniej godzinie treningu organizujemy mini zawody w najpłytszym sektorze. I te zawody dają obraz rybności akwenu... Przez godzinę, biegając po sektorze, wiercąc po kilka – kilkanaście otworów, każdy z nas łowi po jednym rachitycznym okonku...

 

 

Trening – dzień drugi – jez Wipsowo.

Wiadomości jakie mamy o tym zbiorniku są optymistyczne. Są ryby! Drobne płotki, krąpiki i pojedyncze bonusy – leszczyki i okonie. Każdy z nas otrzymuje swoją porcję zanęty i robactwa. Dzisiejszy trening ma na celu sprawdzenie w jaki smak ryba wchodzi najlepiej, najszybciej, co utrzymuje ją w łowisku, a co płoszy, na jakiej głębokości najefektywniej łowić. Czyli rzeczy oczywiste, ale przy tak dużej zasobności łowiska, o dobrym wyniku decydują niuanse. Wygrywa ten, kto popełni mniej błędów.

Pierwsze dwie godzinne tury rozgrywamy na głębszej wodzie – ok 7m. Mamy podobne wyniki i zgodnie z przewidywaniami o wyższej lokacie decyduje ilość bonusów. Te większe leszczyki mają po ok 100 – 300 gr, ale to zastępuje kilka – kilkanaście małych rybek. Nasze najlepsze wyniki to 700 – 800 gr. Czyli trzygodzinna tura powinna dać ok 2 kg, oczywiście przy założeniu, że ryba będzie cały czas w łowisku.

Ryby oczywiście wracają do wody.

Kolejne dwie tury rozgrywamy na 4-5 m. I tu zdziwienie. Nie ma brań! Dopiero po kilkunastu minutach pomału pojawiają się nieśmiałe płoteczki. W końcówce pierwszej godziny zacinam większą rybę w dziurze nęconej czystą grubą ochotką. Podejrzewałem leszczyka, ale w dziurze pojawił się ok 25 cm okoń. Taka ryba, nawet jedna na godzinę, daje bardzo dobre punkty. W ostatniej turze, z pełną premedytacją jedną z dziur nęcę bardzo delikatnie – żadnej spożywki, tylko kilka grubych ochotek i donęcam też pojedyńczymi larwami. I przynosi to efekt. Płotki co prawda sporadyczne, ale co pewien czas podchodzi ładniejszy okonek, trafia się nawet jeden trzydziestak.

 

Wnioski z treningów mamy. Dwie pierwsze tury zapowiadają się bardzo ciężko – Dadaj. Ja akurat lubię taką niewdzięczną wodę. Trzeba się nabiegać, nakombinować. Można polec, ale można też zrobić bardzo dobry wynik łowiąc niewiele ryb...

I Tura – Dadaj.

Losuję skrajny sektor. Z dokonanych na treningu pomiarów głębokości wiem, że niestety jest tu dość płytko – do 5 m. Ponad godzinę czekamy na sygnał do wejścia w łowisko. Nie wiem z czego wynika potrzeba przetrzymywania zawodników tak długo przed sektorem. Owszem przed wejściem potrzeba dokonać ostatnich kosmetycznych czynności, ale na litość boską, nie trwa to półtorej godziny. Niestety nie wszyscy sędziowie, czy organizatorzy rozumieją, że zawodnicy nie przyjeżdżają dla nich, tylko oni są po to, by pomóc startującym. Trzydzieści minut przed sektorem zupełnie wystarczy. Ale to taka dygresja. Strzał! Możemy wchodzić na stanowiska. Pięć minut i kolejny sygnał – wiercenie. Robię pierwszą bazę – 3 dziurki. Nęcę raczej delikatnie – jedna spożywka z odrobiną jockersa, druga tylko jockers, trzecią zostawiam bez nęcenia. Zostawiam chorągiewkę i szybko przemieszczam się w stronę brzegu i tam, przy krawędzi robię drugą bazę – dwudziurową – nęcę tylko jedną dziurkę – jockers i kilka grubszych larw ochotki. Zostawiam drugą chorągiewkę i biegiem do pierwszej bazy – trzeba łowić ! Na początek dość lekka mormyszka fluo. Kilka minut, obszedłem całą bazę – bez dotyku. Rozglądam się i widzę, że wszyscy zaczynają nerwowo biegać. Nikt nie miał nawet skubnięcia... Szybko śmigam pod brzeg do drugiej bazy, mormyszkę zostawiam tę samą. Przy dnie bez brania, podnoszę troszkę wyżej i widzę że kiwok zostaje w pozycji opuszczonej. Żadnego drgnięcia, tylko mocne wygięcie. Myślałem, że zaczepiłem o krawędź lodu, nie wierzyłem, że to branie, ale... jednak lekko zaciąłem i... jest opór! Dwa ruchy, odrzucam wędeczkę, serce w gardle, jeszcze jeden ruch i z przerębla wygląda okonek. Żaden gigant, ale jednak ryba! Nie ma zera! Kiwam jeszcze troszkę lekko donęcam, ale już nic się nie dzieje. Nie chwalę się, że mam rybkę. Wracam do pierwszej bazy. Opuszczenie i od razu branie. Tym razem opór większy, troszkę nerwów i dwudziestaczek jest mój. Po chwili kolejne branie i następna rybka. Dookoła cisza, niektórzy mają po jednej rybce, ale jest bardzo źle – nic nie bierze. Wrzucam dwie ochotki do dziury i biegnę szukać dalej. Pusto. Wracam do mojej „złotej dziurki”. I znów mam dwa brania i dwa okonki. Niestety ostatnie półtorej godziny nie mam nic. Kończę z pięcioma rybami. Jak się później okazuje daje mi to szóste miejsce w sektorze. To dobry wynik, zwłaszcza, że jest bardzo wiele niespodzianek. Kilku dobrych zawodników zerowało, bądź złowiło tylko po jednej rybce. Niestety i w naszej drużynie zdarzył się zerowy wynik. To stawia zespół w dość ciężkiej sytuacji. Nadzieja jednak w tym, że przed nami jeszcze dwie tury. Walczyć trzeba, a wpadki się zdarzają. Jutro też Dadaj, ale będzie trochę głębiej, co daje nadzieję, że zawody rozegrają się na rybie, nie na pojedynczych ściganych okonkach.

II Tura – Dadaj

Dzień zaczął się dla nas fatalnie... Przez niedopatrzenie, gapiostwo, niewiedzę dostajemy punkty karne. Za brokat w zanęcie, który dodaliśmy dość przypadkowo pierwszy raz od 2 lat, dwóch naszych kolegów zostało ukaranych dodaniem w sumie dziesięciu punktów. To bardzo zła wiadomość i trochę podcięła nam skrzydła. Trzeba jednak zapomnieć o tym i łowić jak najlepiej. Dziś znów mam najdalszy, skrajny sektor. Najgłębszy. Taktyka taka sama. Dwie bazy, z tym, że druga nie przy brzegu, a bardziej w środku, jak najdalej od wszystkich. Start! Zaczyna się dobrze. Pierwsze kilka minut i mam dwa okonki i płotkę. Potem pojedyncze skubnięcia i skuteczność spada. Widzę, że przy krawędzi sektora zrobiło się małe zgrupowanie zawodników i że co chwilę ktoś coś wyjmuje. Przenoszę się do drugiej bazy i... jest miło! Podeszły płotki. Staram się nie pokazywać, że coś mam, ale i tak po kilkunastu minutach słyszę za plecami odgłos wiercenia. Niestety nie byłem dość dyskretny ;) . Łowię kilkanaście sztuk i płotki znikają. Są jeszcze pojedyncze okonki i tura się kończy. Doskonale połowił Andrzej „Sztuku” Sztukowski. Miał rybę cały czas, a próby odwiercenia się blisko Niego nie dawały żadnych rezultatów. W sumie jestem dość zadowolony z wyniku – podejrzewam, że powinienem być w połowie stawki. Dobre wiadomości od Marka i Rafała – obaj w czołówce. Humory nam się trochę poprawiają. Po dwóch godzinach oficjalne ważenie. I wreszcie mamy wyniki. Rafał wygrywa swój sektor! Marek jest drugi, ja siódmy. Maciek i Kamil troszkę dalej. Gdyby nie te koszmarne punkty karne, mielibyśmy dziś trzecie miejsce drużynowo. Niestety, musimy zadowolić się piątą pozycją, co i tak jest naszym najlepszym osiągnięciem od czasu powstania klubu... Przed nami ostatni dzień. Wipsowo. Wreszcie będzie można połowić ryby, zamiast uganiać się za pojedyńczymi maluszkami...

III Tura – Wipsowo

Dziś nie miało większego znaczenia kto wylosował jaki sektor. Ryba była wszędzie, tylko na płytszej troszkę później wgryzała się z zanętę. Staram się nie oglądać na innych i szukam miejsca, gdzie jest jak najciszej. Plusy takiego stanowiska to nie podławianie sobie ryb, nie rozglądanie się na boki. Bezstresowe wędkowanie. Start. Szybko robię dwie bazy dwudziurowe, nęcę spożywką i jockersem. Ryby pojawiają się od razu. Niestety raczej niewielkie. Mam sporo pustych brań. Zmieniam wędkę na lżejszą. Przynęta dłużej opada, ale skuteczność zacięć wzrasta zdecydowanie. Kiedy po godzinie obserwuję spadek intensywności brań, zmieniam bazę. W drugiej mam więcej płotek. Udaje mi się też złowić dwa leszczyki po ok 100 pkt. Najlepiej łowi mi się w ostatniej godzinie. Koniec! Mam blisko 100 ryb. Nie jest to może wynik imponujący, ale kiedy słyszę, że kadrowicz Marcin Majewski ma 106 sztuk, rosnę we własnych oczach. Marcin to naprawdę świetny zawodnik i przegranie z Nim tylko o kilka rybek, to dla mnie naprawdę spory sukces. Liczę znów na miejsce w połowie stawki.

Chłopaki z drużyny ze zmiennym szczęściem. Kiedy przychodzi czas ważenia ryb z mojego sektora, przeżywam paskudne chwile. Minimalnie, o gramy przegrywam kolejne miejsca... W końcu okazuje się, że jestem sklasyfikowany na 13 miejscu... Do piątej lokaty zabrakło mi 200 gram. Przed oczami stają mi ryby spięte w czasie holu, czas stracony na dopracowywanie zestawu... Przy odrobinie szczęścia mogłem być znacznie wyżej. Ale czy to tylko szczęścia zabrakło? Niestety wydaje mi się, że raczej obłowienia. Kilku wypraw na lód poświęconych szybkościowemu łowieniu. Niestety wyszły braki w treningu. Zawsze jednak jest to nauka na przyszłość.

Całe zawody kończymy w drugiej dziesiątce. Indywidualnie jestem najlepszy z Klubu KONGER ICE TEAM Warszawa – na 103 zawodników zajmuję 32 miejsce. Na pewno nie jest to imponujący rezultat, ale czuję, że pomału zacząłem się przełamywać. Mimo najgorszej, ostatniej tury, właśnie ta dała mi obraz na jakim poziomie aktualnie łowię.

Indywidualnie zawody wygrywa Łukasz Łukaszewicz.

Drużynowo najlepsza okazuje się ekipa PIKO Białystok.

Jeśli pogoda pozwoli, za dwa tygodnie druga odsłona Mistrzostw Polski – Puchar Augustowa.

Aura okazała się łaskawa i po niecałych dwóch tygodniach przerwy mkniemy do Gib. Krajobrazy przepiękne. Jeszcze zimowe. W centrum Polski czuć już wiosnę, a tu jeszcze prawdziwa śnieżna zima. W każdym razie tak nam się wydaje... Kwaterujemy w Kuklach, nad jeziorem Pomorze – czyli nad jednym z jezior, na których będą rozegrane zawody. Na miejscu jesteśmy po 22, ale nie przeszkadza nam to w docenieniu piękna miejsca w którym się znaleźliśmy. Sama kwatera doskonała. Dom, gdzie każdy z nas ma swój pokój, nie chodzimy sobie po głowach, a do tego na parterze mnóstwo miejsca na szykowanie zanęt i na tworzenie malowniczego bałaganu jaki zwykle towarzyszy wędkarstwu...A do kompletu jeszcze wspaniała domowa podlasko – suwalska kuchnia, jaką raczyła nas gospodyni. Żyć nie umierać :).

Trening – dzień pierwszy – jez Zelwa.

Poranek zaskakująco ciepły. Śnieg, który leżał nocą, jakby się przerzedził... Ruszamy na jezioro. Kilka kilometrów przez las i jesteśmy na Zelwie. I od razu przykra niespodzianka. Na lodzie stoi ok 3 cm wody. Fatalnie, będziemy cali mokrzy... Chłopaki idą dokonywać pomiarów głębokości, ja biorę się za łowienie. Przede wszystkim szukam płoci. Pierwsze ryby pojawiają się w dziurach nęconych czystym jockersem. Są płotki, ale szybko zastępują je małe okonki.

 

 

Koledzy też zaczynają łowić. Z przykrością konstatujemy, że to łowisko do złudzenia przypomina swą rybnością Dadaj. Są miejsca gdzie ryba stoi, a są takie gdzie jej po prostu nie ma. I nie można jej ściągnąć. Kamil trafia dobrą dziurkę i łowi kilkanaście ryb, ja wracam do najwcześniej nęconych i doławiam trzy chude okonki. Jest marnie. Postanawiamy jeszcze na godzinę pojechać na Pomorze.

 

 

Tu jest zupełnie inaczej. Ryby meldują się praktycznie od razu. Łowimy ładne płotki, krąpie i okonie. Minusem jest głębokość łowiska, sięgająca nawet do 10 m. W każdym razie ostatnia godzina łowienia pozwoliła nam się troszkę wyszaleć. Wreszcie mogłem połowić płocie moją ulubioną metodą „na balonik”. Polega to na tym, że tak opuszczam mormyszkę, że z żyłki tworzy się mały balon. Płocie które biorą z opadu sprawiają, że opadająca żyłka się zatrzymuje. Na balonie to doskonale widać. Nie jest to może bardzo skomplikowane, ale trzeba nabrać trochę wprawy, żeby poprawnie odczytywać wskazania żyłki. Każdy z nas wyciąga ryby i aż żal opuszczać tak miłe miejsce. Zmrok jedna zgania nas z łowiska... Przy wieczornym omówieniu wyników treningu, jednogłośnie ustalamy, że zostajemy na Pomorzu, doskonalimy technikę szybkościową, sprawdzamy różne opcje donęcania i przy okazji urządzamy trzy godzinne tury zawodów. Wieczorem oglądamy żenujące spotkanie polskich piłkarzy ręcznych z Chorwatami... Mam nadzieję, że żaden z nas nigdy nie podejdzie w do zawodów w taki sposób, jak uczynili to nasi szczypiorniści... Bez serca i bez ducha.. Sportowiec musi mieć w sobie moc i wiarę. Nawet, kiedy nic się nie układa.

 

 

Trening - dzień drugi – jez. Pomorze

Przed 9 jesteśmy na lodzie. Oficjalny trening trwa do godziny 14, mamy więc 5 godzin łowienia. Zaczynamy od końca ostatniego sektora, od strony brzegu. I niespodzianka. Na płytkiej 3-4 metrowej wodzie jest pusto. Tylko Maciek wyciąga kilka płoteczek. Przenosimy się głębiej i od razu jest lepiej. Ryba wchodzi w zanętę. Najlepsze brania mam w dziurze nęconej spożywką z minimalną ilością jocka. Ryby nie są imponujące, ale za to gryzą cały czas. Wygrywam pierwszą turę naszych mikro zawodów z wynikiem blisko kilograma. Drugą turę organizujemy na wysokości środkowego sektora. Tutaj jest już około 8 metrów głębokości. Nęcę dwie dziurki. Jedną, z pełną premedytacją małą ilością jocka, ale puszczonego z podajnika bardzo wysoko. Na początku mam brania z okolic dna, ale systematyczne, choć delikatne donęcanie pozwoliło mi podnieść rybę znacznie bliżej lodowej tafli. Trochę byłem w rozterce. Czy łowić grubsze ryby z dna, czy drobniejsze w pół wody? Decyduję się na drobną rybę. Ponieważ chłopaki łowią głęboko, będziemy mieli skalę porównawczą, co się bardziej opłaca. Okonie biorą świetnie. W końcówce podeszły praktyczne pod samą powierzchnię. Mam prawie półtora kilograma. Pół kilo przewagi nad drugim Kamilem. Już wiem, że jeśli uda mi się tak sprowadzić ryby, będę łowił płycej i drobniej. Wieczorem Maciek jedzie na otwarcie zawodów i na losowanie. Wiążemy ostatnie wędeczki i w gotowości bojowej kładziemy się spać.

 

 

I Tura – jez Zelwa. Na dzień dobry niespodzianka. Bardzo miła. Sędziowie i organizatorzy chyba zrozumieli bezsens zbyt długiego trzymania zawodników przed rozpoczęciem zawodów. Bardzo sprawne dojście na niezbyt odległe sektory, półgodzinne przygotowanie i start!

 

 

Zająłem miejsce w wolnym narożniku, od strony jeziora. Obok siebie mam trzech rywali. Reszta zaczyna od płytszej wody. Tradycyjnie robię dwie bazy. Już w pierwszej dziurze mam branie. Nie zacinam. Za chwilę powtórka i znów pudło! Co jest??? Kilka minut i robi się nerwowo. Jeden z moich sąsiadów raz za razem wyciąga płoć. U mnie brania skończyły się. Masakra. Dopiero po godzinie doczekałem się delikatnego skubnięcia. Wreszcie mam rybkę. To mała płoteczka. Ale potem cisza. Obserwuję sektor. Część zawodników grupuje się przy krawędzi sektora od strony brzegu. Co pewien czas ktoś wyciąga rybę – najczęściej są to okonki. Ja nie mogę się dopchać do strefy brań. I tak się kończy. Czuję, że jestem ostatni... Ale trzeba poczekać na oficjalne ważenie. Reszta drużyny ze zmiennym szczęściem... Maciek i Rafał bardzo zadowoleni, Kamil, Marek i ja raczej nie... I rzeczywiście we trzech jesteśmy poza pierwszą dziesiątką, ja swoją płoteczką wyprzedzam dwóch zawodników, z jednym remisuję. Maciek jest trzeci, a Rafał... wygrywa! Mamy drugą jedynkę! Drużynowo jesteśmy dokładnie w połowie stawki, ale z bardzo niewielką stratą do pierwszej szóstki. Jutro łowimy na tym samym jeziorze, tylko na sektorach usytuowanych bardziej w głąb zbiornika.

 

 

II Tura – jez Zelwa

Nie ma to jak rozpocząć dzień od porządnej dawki adrenaliny. W połowie drogi na sektor przypominam sobie, że zapomniałem kurtkę. Wracamy. Widzę po minie Marka, że nie jest zbyt zachwycony. Lekko spóźnieni dojeżdżamy na miejsce zbiórki, po drodze mijamy Maćka i Rafała. Obaj lekko przestraszni – nad jeziorem nikogo nie ma! Zastanawiamy się, co się stało, jednocześnie próbując dodzwonić do któregoś z kolegów z innych drużyn. Nie ma zasięgu i sytuacja robi się niebezpieczna. Wreszcie Maciek dodzwania się do kolegi Waldka. I co się okazuje? Tura przesunięta o godzinę... Szkoda, że nikt do nas nie zadzwonił wieczorem i nie powiedział o zmianie jaka zaszła. Ale z drugiej strony... Umiesz liczyć, licz na siebie. Już na spokojnie jedziemy do sklepu i tu kolejna niespodzianka. Kamil nie ma swoich chorągiewek. Znów wracamy do domu. Czy nie za dużo tych przygód? Wreszcie docieramy na sektor. Zbiórka, sprawdzenie zanęt i dojście na łowisko przebiega bardzo sprawnie. Zaczynamy. Początek, tradycyjnie marny. Po pół godzinie bez dotyku, widzę jak jeden z zawodników wyciąga rybę, za chwilkę drugą. Od razu biegnę blisko niego i podwiercam się w regulaminowej odległości. Robię dwie dziurki szybko nęcę i zaczynam łowić. Mała srebrna kuleczka dochodzi do dna, dwa lekkie bujnięcia i ... branie! Jest pierwsza płoteczka. Za chwilę druga. Staram się łowić dyskretnie i po cichu. Jednak coraz więcej zawodników grupuje się w tym miejscu. Trudno się dziwić. Tu są ryby... Nawet woda stojąca na lodzie już tak bardzo nie przeszkadza. Kiedy kończą się płocie, zaczynają brać okonie. Może niewielkie, ale coś się dzieje. Biegam od dziury do dziury jak automat. Dwie – trzy rybki, koniec brań, dwie ochotki do dziury i zmiana. Nawet nie czuję upływającego czasu. Dopiero w końcówce znajduję więcej okoni wyżej – około dwóch metrów nad dnem. Niestety trochę za późno. Po strzale na pięć minut przed końcem, doławiam jeszcze trzy sztuki. I sygnał kończący turę... Nie jest źle, choć czuję niedosyt. Oceniam się na lokatę w połowie stawki. I jak się później okazało – mam rację. Jestem dziś ósmy. Chłopaki w miarę zadowoleni. Kamil 4 miejsce. Połowiliśmy dość równo i tylko Maciek wypadł z dziesiątki. Drużyna dziś zajęła piąte miejsce! Wreszcie równy, dobry dzień. A jutro łowimy na Pomorzu. Wieczorem czeka nas sporo pracy. Praktycznie wszystkie wędki trzeba przezbroić na szybkie łowienie. Przewiązujemy się na ciężko, w rezerwie zostawiając po 3-4 lżejsze mormyszki.

III Tura – jez. Pomorze

Na zakończenie tegorocznych Mistrzostw Polski, losuję najodleglejszy sektor. Nie bardzo mi to pasuje, bo tu mieliśmy najsłabsze wyniki na treningu. Większość zawodników ustawia się przy krawędzi sektora, od strony jeziora, na głębokiej wodzie. Zaczynamy! Ryby są od początku, ale robię błąd i przez pierwsze kilkanaście minut łowię za lekko. Dociera to do mnie, kiedy plączę wędkę i zmieniam na cięższą. Większą mormyszką łowi mi się znacznie lepiej. Brania są pewne. Niestety plączę drugą wędkę. Ponieważ brania są intensywne biorę najcięższą mormyszkę z przelutowanym haczykiem. I tak jest najlepiej. Zaczynam łapać dobry rytm. Donęcam spożywką, i pojedyńczą grubą ochotką. W pewnej chwili, zupełnie nagle, brania zanikają. Jakby ryby wymiotło. Kilkadziesiąt sekund bez brania. Mam przeczucie, że podeszło coś grubego. I nie mylę się... Znienacka strzał w kiwok, ale taki, że czuję branie w ręku... Nie muszę zacinać, ryba siedzi pewnie. Staram się delikatnie podciągać do góry, ale to ryba zabiera mi żyłkę... Gotuję się w środku. Może to porządny leszcz? Taka ryba, przy równym tempie łowienia przez wszystkich, dawałaby dużą przewagę. Marzę o okoniu. Ale to nie czas na marzenia. Trzeba walczyć, a tu ponad 8 metrów wody pode mną... Ryba chodzi jak chce, ale jest coraz wyżej. Staram się nie gorączkować. Szarpnięcia są coraz ostrzejsze, czyli przeciwnik jest już blisko. Wreszcie widzę jakiś jasny cień pod przejrzystym lodem. Dość długi cień... Jeszcze jedno odejście i pewnym ruchem kieruję rybę do przerębla. Kiedy tylko poczuła, że jej łeb jest w w dziurze, sama wyskakuje na lód. Jest moja. Radość że ją wyjąłem i jednocześnie ogromne rozczarowanie. To szczupak. Na oko kilogramowy. Wypuszczam go do odległej dziury. Oczywiście, zestaw w strzępach. Wiążę, donęcam, ale i tak straciłem kupę czasu. Przy takim równym łowisku, strata 20 minut jest nie do odrobienia. Do końca walczę jak lew, trochę podganiam, ale mam świadomość, że przez szczupaka straciłem szansę na dobre miejsce. Strzał oznajmiający koniec tury i całego cyklu zawodów przychodzi o wiele za szybko... Mam 92 ryby. I znów prawdopodobnie miejsce w środku stawki. Koledzy z drużyny, jak zawsze, ze zmiennym szczęściem. Najlepiej znowu połowił Kamil – 4 lokata. Składamy się i na piechotę wracamy na kwaterę. Pakujemy się, jemy ostatni znakomity obiad naszej gospodyni. Mam nadzieję, że wrócimy tu za rok.

Zawody indywidualnie wygrywa Tomasz Majewski a drużynowo Górek Team Pruszków.

 

Indywidualnym Mistrzem Polski zostaje Bartosz Głowacki a drużynowo Górek Team Pruszków.

W ostatecznym rozrachunku drużynowo w Pucharze Biskupca zajmujemy siódme miejsce. Niewielka strata do miejsca szóstego trochę boli, ale z drugiej strony to nasze najlepsze miejsce w historii startów drużyny KONGER ICE TEAM Warszawa.

Rafał Pykało [KONGER ICE TEAM Warszawa] zostaje uhonorowany za sektorowe zwycięstwo.

Zawody ciekawe, udane, choć wymagające dużo szczęścia, zwłaszcza w pierwszych dwóch dniach. Loteryjna woda nie powinna być chyba areną zawodów tak wysokiej rangi. Ale z drugiej strony każdy miał takie same warunki. A szczęście? Cóż... Podobno sprzyja lepszym :) . Cały sześcioturowy cykl Mistrzostw Polski kończymy na 12 miejscu pośród 21 zespołów. Gdyby nie głupie karne punkty bylibyśmy na 8 pozycji. A to znaczy, że już coraz bliżej nam do czołowej 6 klasyfikacji drużynowej MP. Indywidualnie najlepszy jest Rafał – 20 miejsce i ja 32 lokata. Niby niezbyt imponujący to rezultat. Ale... No właśnie zawsze jest jakieś „ale”.

Dotarliśmy się, dobrze się rozumiemy. Znamy swoje mocne strony, wspólnie eliminujemy te słabsze. Stworzyliśmy Drużynę, z doskonałą atmosferą co dobrze rokuje na przyszłe lata. A jaki będzie przyszły sezon podlodowy? Mam nadzieję, że mroźny.

Chciałbym, żebyśmy rozegrali pełne sześć tur na równej wodzie, gdzie mniej będziemy zależni od szczęścia, więcej od umiejętności i doświadczenia. Mam nadzieję, że włączymy się do walki o medale... Co będzie? Poczekamy. Kalendarzowa zima 2016/17 już za 10 miesięcy :).

Piotrek Kozak