Relacja ze Spinningowych Mistrzostw Okręgu Mazowieckiego

Spiningowe Mistrzostwa Okręgu Mazowieckiego są jedną z najliczniej obsadzonych imprez wędkarskich w Polsce. W tym roku w zmaganiach wzieło udział 159 zawodniczek i zawodników w kategorii seniorów, oraz 27 juniorów.

Tradycyjnie, były to zawody trzyturowe. Sektory wyznaczono, dla seniorów, z łodzi : A - Pogorzelec, B - Serock, C - Zegrze. Dla juniorów - brzeg - A Serock, B - Kanał Żerański, C - Zegrze Rybaki.

Upalna pogoda, rójka jętki, wylęg ochotki spowodowały, że ryby nie były szczególnie skore do współpracy. Brania były rzadkie i chimeryczne. Dominującą rybą był okoń, trafiały się pojedyńcze szczupaki, bolenie i jazie, które od razu windowały szczęśliwego łowcę w górne strefy tabeli wyników. Ale takie zawody to jednak trzy tury i kluczem do sukcesu mogła być tylko równa dyspozycja zawodnika. Sektory zostały rozlosowane już we wtorek, tak, aby każdy zawodnik mógł się zorientować z kim pływa, ewentualnie dogadać w kwestii posiadania silnika bądź echosondy. Dla mnie los okazał się średnio łaskawy. Kolejność sektorów nie do końca odpowiadała moim cichym modlitwom, ale nikt nie mówił, że będzie lekko. Trzeba walczyć i w każdej turze dać z siebie wszystko.

 

I Tura - Sektor C - Zegrze

 

Moim partnerem w łódce jest Łukasz, młody zawodnik z Ostrołęki. Szybko dogadaliśmy się gdzie płyniemy i mimo jednego z ostatnich numerów startowych udaje nam się szybko dopłynąć na miejsce i zakotwiczyć w regulaminowej odległości od konkurentów. Mamy jeszcze chwilkę na uzbrojenie wędek. Jak zawsze mam ze sobą 4 kije. Trzy okoniowe - główka, drop-shot i trok, oraz jedną cięższą, na poważniejszego drapieżnika. Na pierwszy ogień idzie trok, z maleńką 2,5 cm gumeczką.

W wodzie jest pełno ochotki, dlatego wymyśliłem sobie czerwonego twisterka z niebieskim brokaktem... Pierwsze rzuty puste, ale po ok 20 minutach, na właściwie leżącą przynętę mam pierwsze branie. Hol, troszkę nerwowy, bo to w końcu pierwsza ryba zawodów i po chwili pierwszy okoń jest mój. Śliczny, ponad 23 cm.

Od razu łowi mi się lżej. Kilkanaście minut później mam już dwie ryby. Drugi okoń jest centymetr większy. Ryby żerują falami, my nie ruszamy się z miejsca.

Dookoła nas pojawia się coraz więcej łodzi. Blisko nasz stoi łódź z Hanią Kamieniecką. Zarówno ona, jak i Jej partner łowią zdecydowanie najlepiej. Ale i my nie najgorzej. Zmieniam przynęty, próbuję główki, woblera, obrotówki... Łukasz też punktuje. Do końca tury nie zmieniamy miejsca. I bardzo dobrze robimy. Okazuje się, że łodzie, które popłynęły daleko mają bardzo mało ryb. Sposobem było troszkę je wyczekać i baaardzo wolno prowadzić zestaw. Kończę turę z siedmioma okoniami. Nie są to byki - największe były dwa pierwsze, ale i tak dały mi trzecie miejsce w sektorze, którego obawiałem się najbardziej.

 

II Tura - Sektor A - Pogorzelec

 

To mój ulubiony sektor. Najbardziej zróżnicowany i dziki. Tu pływam razem z Krzysiem z Ożarowa. Znamy się od lat, dogadujemy i również nie mamy problemu z wyborem łowiska. Mimo że w Zegrzu ryba najlepiej żerowała w dość charakterystyczny sposób i specyficznych miejscach, tu decyduję się łowić zupełnie inaczej. Wierzę w swoje łowisko, na krawędzi nurtu, dość daleko od startu. Dopływamy, miejsce jest wolne, możemy zaczynać... Pierwsze rzuty przynoszą krótkie okonki. Czyli ryba jest. Troszkę zmieniam kąt podania przynęty, dłużej przytrzymuję i widzę ładne, miękkie przygięcie szczytówki.

Nie zacinam, tylko trochę mocniej podciągam zestaw do siebie i mam rybę. Dobrą. Uspokajam się. Po chwili wyjmuję drugiego i niestety spinam bardzo ładnego garbuska. Przykro, bo każda ryba to punkty, a przy takim bezrybiu, mogą to być punkty na wagę złota. Krzyś też łowi, ale widzę, że nie bardzo pasuje Mu to miejsce. Dość niechętnie przystaję na zmianę. Płyniemy na Jego łowiska. I słusznie. Rewelacji nie ma, ale wyjmujemy pojedyńcze okonki. Kiedy zostaje nam jeszcze 40 minut do końca, zaczyna mnie świerzbić tyłek, żeby jeszcze raz popłynąć na nasze pierwsze miejsce. Dopływamy i mamy jeszcze 25 min. Nic nie gryzie. Nawet krótkie. Niby nie jest źle. Mam pięć okoni, ale zawsze jeszcze jeden - dwa by się przydał. Krzyś podsuwa pomysł, żeby jeszcze raz się przestawić, tam gdzie złowił swojego największego. Nie mamy nic do stracenia. Zostało 10 minut. Kotwiczymy łódź. Krzyś rzuca na spokojną wodę, ja w stronę nurtu. Prowadzę powoli. Staram się, żeby przynęta była dość wysoko i jak najdłużej opadała. Czekam na branie i... doczekałem się. Jest puknięcie. Zdecydowane. Zacinam i mam ładną rybę. Od razu czuję, że to nie okoń. Szczupak. Wziął blisko łodzi i staram się, żeby nie zaczął wariować. Trzymam na krótkim kiju i nie daję mu odpłynąć. Chwila zamieszania z podbierakiem, bo oczywiście leżały na nim moje wędki, ale ryba po chwili jest już w łodzi. Pierwsze wrażenie - krótki. Ale taki jakiś chudy. Może jednak będzie dobry? Jeszcze w podbieraku mierzę go, niedokładnie i wygląda jakby miał na styk 50 cm. Szybko do siatki i do płyniemy do sędziów. Słychać strzał, to koniec tury. Do sędziów stoimy w kolejce, przy nas jest mierzony piękny 38,3 cm okoń. Wreszcie pora na nas... Siatka ze szczupakiem ląduje w łodzi sędziowskiej. Mierzenie pełne emocji. Wzrokiem staram się dodać mu długości, ale... nie muszę. Na oficjalnej miarce ma 50,3 cm. Wymiarowy! Szczupak i pięć okoni daje mi zwycięstwo w sektorze.

 

Prowadzę w łącznej klasyfikacji dwóch turach. Przed startem w ciemno wziąłbym miejsce w dziesiątce, teraz apetyt urósł. Nieśmiało myślę o szóstce, może o medalu. Mam sporą przewagę nad piatym i szóstym zawodniekiem. Ale to są trzy tury... Ciężkie, wymagające maksymalnego skupienia. Od wszystkich. Przede mną Serock

 

III Tura - Sektor B - Serock

Łowienie z pozycji lidera nie jest łatwe. Ciężko zachować incognito. Koledzy podchodzą, gratulują dobrego wyniku. To miłe, ale i trochę stresujące. Tym bardziej, że dziś w sektorze mam trzech zawodników klasyfikowanych w pierwszej szóstce po dwóch turach, w tym jednego nad którym mam tylko punkt przewagi. Plan jest prosty. Złowić więcej niż Oni. Wszyscy mamy po 4,5 godz łowienia i wszyscy będziemy gryźli wodę. Znów mam bardzo dobrego partnera na łodzi. Rozpoczynamy od samego końca sektora. Niestety woda stoi. To bardzo niedobrze, bo to łowisko wymaga choć minimalnego ruchu wody. Nic to. Walczymy. Po ok 30 minutach Łukasz spina ładnego okonia na wirujący ogonek. Ja na obrotówkę nie mam nic. Rzucam trokiem w kierunku brzegu, między trawy, zaczepiam o łodyżki, ale w pewnej chwili czuję, że łodyżka nie puszcza i zaczyna żyć. Na miękkich nogach holuję rybę, nic nie mówię, żeby nie zapeszać. Im bliżej łódki wydaje się większa, może wymiarowa... Wreszcie mam ją pod łodzią, zdecydowanie wrzucam "na klatę". Od razu widać, że jest dobry. Ponad 22 cm pasiastego szczęścia.

Tak na marginesie... Ile radości na zawodach daje taki mikrus. Na prywatnym łowieniu nawet sie ich nie liczy. A tutaj? Bezcenna ryba. Łowię jeszcze jednego krótkiego i odpływamy. Szukamy ryb, ale jest pusto. Wreszcie znajdujemy kawałek zielska, skąd na obrotówki doławiamy po jednym dwudziestaku. Na ostatnie 40 minut płyniemy na moje ulubione miejsce w Serocku. Dość specyficzne, bo ryby pojawiaja się tam dopiero koło południa. Na szczęście, widzę z daleka, że jest wolne. Zaczynamy. W trzecim rzucie znajduję odpowiedni kąt i zaczyna się zabawa. Branie, przytrzymanie, hol, w wodzie wydaje się wymiarowa, a po wyjęciu ma 17,3, po chwili 17,8, za moment znów 17,6. Jakby się uparły. Kolejny ma 18,1. Wołam sędziów, bo każda chwila ważna. Żeby się tylko nie skurczył. Są sędziowie, okonek na miarę i... zostaje 18,1 cm. Ulga. Łowimy dalej 17,6 znów 17,3 i 17,7. I jeszcze jeden. Dziwny. Ciężko idzie, ale walczy niemrawo. Wyjmuję go i widzę w czym rzecz. Okoń ma obgryzione 3/4 ogona. Z całym spokojnie miałby 20 cm, a tak... 18,2 cm. Znów wołam sędziów.

Po chwili sygnał kończący turę. Pakujemy się. Przepływająca obok motorówka robi falę, nie zwracam na to uwagi. Bład... Przez tę falę spada wiosło, a razem z nim odpływa mi siatka z okoniem. Nie rzucam, nie szukam jej, bo jest już po sygnale i wędka w ręku to dyskwalifikacja... Nie mogę sobie darować. Zachowałem się jak kompletny ignorant. Przy takich wynikach to niezwykle ważne punkty... Zły na siebie zwijam resztę gratów, zdajemy karty i jedziemy do Zegrza, na zakończenie. Pocieszam się trochę, że pokonałem w bezpośrednim starciu mojego rywala, który miał do mnie punkt straty. Okazuje się, że mój wynik jest zupełnie przyzwoity...

W Zegrzu dowiaduję się, że i tu poległo kilka kolejnych osób klasyfikowanych wysoko. Czuję, że moje myśli o medalu są jak najbardziej realne. Jak się okazuje, w Serocku byłem ósmy. Liczę sobie po cichu i wygląda to dobrze... Niektórzy podchodzą i gratulują zwycięstwa w całych Mistrzostwach.

Nie lubię tego. Jak będą wisiały oficjalne wyniki, wtedy się wszystko okaże... Czekamy prawie dwie godziny. Były jakieś protesty, potem błędy w programie, ale wreszcie doczekujemy się. Idę troszkę na drewnianych nóżkach, zaczynam się szukać. Od góry. I nie szukam długo. Na samej górze jest :

Piotr Kozak, koło 7 Ochota :). Wygrywam. Nareszcie...

Od początku mojej spiningowej kariery czekałem na ten medal.

Kilkakrotnie byłem w pierwszej szóstce, mam trzy brązowe medale drużynowe. Ale złota nie miałem nigdy... To ukoronowanie ponad 20 lat startów w Okręgu i Polsce.

To były trudne zawody. Fizycznie też. Prawie dwa dni na wodzie, kombinowanie, pływanie w różne miejsca, walka z własną bezsilnością wobec nie żerujących okoni i ciągłe dobieranie odpowiednich przynęt.

A jednak wspaniała impreza. Nie tylko ze względu na zajęte miejsce. Przyjemnie widzieć tak wielu ludzi zaangażowanych w ten sport.

Wiele nowych twarzy, wielu starych przyjaciół, z którymi widujemy się tylko na zawodach, ale witamy się z radością. Presja wyniku? Też. Rywalizacja? Na pewno. Ale przede wszystkim błysk w oku. Zrozumienie. I wzajemny szacunek do siebie.

Niezależnie od tego czy konkuruje się z osiemnastolatkiem, który jest pierwszy raz na zawodach, czy walczy ze starym wyjadaczem. Pasja nas łączy. I w tym tkwi właśnie cała esencja wędkarstwa.