Morskie Mistrzostwa Okręgu Mazowieckiego 2018 - relacja

    Po rocznej przerwie, spowodowanej chorobą, udało mi się wrócić do startów na morzu... Bardzo brakowało mi atmosfery morskich zawodów i dlatego już od dłuższego czasu z niepokojem obserwowałem prognozy pogody...

Mimo że aura okazała się łaskawa i już kilka dni wcześniej wiadomo było, że jedziemy, pakowanie pilkerów, przywieszek i całego niezbędnego majdanu zostawiłem na ostatnią chwilę... Jak zwykle... W piątek przed południem wyjazd. Siedmiogodzinna podróż nie dłuży się za bardzo.

Po dotarciu na miejsce kwaterujemy się i meldujemy na odprawie. Miło widzieć znajome twarze po tak długiej przerwie. Startuje blisko 70 osób. Losowanie sektorów udane. Przez dwa dni będę pływał na Złotej Rybce. 

Duża jednostka, dobry szyper i miłe wspomnienia – to tutaj na Mistrzostwach Polski w 2009 roku złowiłem swojego życiowego dorsza... Czyli perspektywy miłe. Jeszcze kilka towarzyskich wizyt, spacer nad morze i dobrze po północy można położyć się spać.

Zbiórka przy kutrze o 5:30. Sprawdzenie listy – wszyscy, cała osiemnastka zawodników, obecni. Losowanie stanowisk umiarkowanie dobre – trzy przed dziobem, a po przejściu dwa przed rufą. Punkt szósta mijamy most...

Pierwsze napłynięcia po ponad godzinie. Pustynia. Nie ma nawet krótkich ryb. Po blisko godzinie poszukiwań, pada pierwszy dobry dorsz. Ale nie rozwiązuje to worka z rybami. Jest beznadziejnie cicho. Pogoda znakomita, minimalny dryf, zaczyna wyglądać słońce, a ryb jak nie było, tak nie ma...

Ze względu na wczesnowiosenną porę, zdecydowałem się używać zestawu z dwiema przywieszkami. Mam nadzieje, że dwie gumy chętniej sprowokują leniwego dorsza... A ponieważ dryf jest niewielki i głębokość łowiska również nieszczególna, łowię bardzo lekko – nieuzbrojony pilker 55 – 75g. Wreszcie po blisko trzech godzinach kombinowania, udaje mi się zaciąć rybę. Przyjemny, pewny hol i mam dobrego dorsza. Tura zaliczona.

Teraz już znacznie spokojniej mogę szukać kolejnej... Niestety. Do przejścia nic się nie dzieje. Zdecydowana większość zawodników nie ma nawet kontaktu, ale jeden szczęśliwiec na rufie ma aż trzy sztuki. W przerwie jemy zupę, nabieramy sił i pocieszamy się, że po przejściu będzie lepiej... Sygnał do łowienia i... coś się zaczyna dziać! Widzę wygięte wędki u sąsiadów, ja też mam branie, szybki hol, kolejny rzut i znów branie. To lubię! Udaje mi się sięgnąć jeszcze po trzecią rybę i w chwilę z przykrej ciszy na kutrze robi się gwarno. Od razu jest weselej.

Konsekwentnie łowię na dwie przywieszki. Zmieniam kolory, a dorsze doceniają moje starania i co pewien czas wyciągam kolejną sztukę. Trafiają się też niemiarowe, ale nic nie szkodzi. Zawsze lepiej kiedy coś się dzieje... Udaje mi się nawet złowić dublet – dwa wymiarowe dorsze, a praktycznie w ostatnim rzucie mam ładne branie z daleka i po kilku chwilach ostatnia wymiarowa ryba jest moja. Kończę z dziesięcioma dorszami. I niespodzianka! Jeszcze tylko jeden kolega ma dziesięć ryb. A obserwując sytuację na kutrze w trakcie łowienia, wydawało mi się, że inni łowili więcej.

Widać mieli więcej niewymiarowych ryb. Już w trakcie mierzenia widać, że moje dorsze są większe. Wygrywam kuter z przewagą 21 cm nad drugim zawodnikiem. W porcie okazuje się, że koledzy z naszej drużyny KONGERA, również połowili bardzo dobrze – Paweł drugi na kutrze, Zenek czwarty. Po pierwszej turze prowadzimy. Ogłoszenie wyników pierwszej tury przebiegało w bardzo miłej atmosferze, przy kolacji zorganizowanej przez organizatora – Okręg Mazowiecki i przez Tomka Frelika.

Atmosfera morskich zawodów i klimat jaki wokół dyscypliny stworzył Tomek jest niezapomniany. Nie ma tutaj chowania się po pokojach, szeptania po kątach... Razem walczymy z ciężkimi warunkami, uczymy się od siebie i dlatego na arenie krajowej zawodnicy z naszego Okręgu osiągają tak dobre wyniki. Drugi dzień rozpoczyna się podobnie. 5:30 zbiórka, szósta mijamy most. Dziś mam lepsze losowanie. Zaczynam od stanowiska nr 1. To lewy dziób. Wygodne stanowisko z dużą ilością wody do obłowienia, a poza tym, co bardzo ważne , jest możliwość podania przynęty pod różnymi kątami... Znacznie dłużej niż dzień wcześniej płyniemy na łowisko.

Ale zaczyna się zupełnie inaczej... Już w drugim napłynięciu mam rybę. Staram się spokojnie ją holować, ale jestem jakiś spięty. Podbieram ją z wysokiego dziobu, na zbyt długiej plecionce. Ładny dorsz, zamiast do ręki trafia w reling. Na szczęście nie spada. Drugie podebranie już pewne. Jest mój. Ale klnę w duchu na swoją nerwowość. Spokojnie... Przepływamy. Kolejne miejsce i trafiam swoje kilkanaście minut... Daleki rzut przed dziób i branie w opadzie. Coś co ogromnie lubię. Zacinam i jest moja. Dobrze zapięta, ładnie pracuje. Teraz już staram się wyłączyć nerwy. Mimo, że jest spora, nie używam podbieraka, tylko wrzucam ją na pokład. Dobrze jest! Prawie 55 cm.

Kolejny rzut i powtórka, jednak ryba nieco mniejsza, choć też dobrze ponad wymiar. Mój sąsiad, Romek też ma rybę. Poza nami cisza... A my wgryzamy się w ławicę i znów doławiamy. Łowi tylko guma z wyższej przywieszki. Próbuję poszukać ryb trochę wyżej, ale bez efektu. Opuszczam zestaw bliżej dna i znów widzę pstryknięcie szczytówki... Zacięcie i siedzi! Piękna sprawa. Kolejna dobra ryba melduje się na moim zestawie. Niestety kilka kolejnych rzutów pustych. Widać sięgnęliśmy końca ławicy. Szkoda. To była bardzo miła dłuższa chwila... Ale kolejne podejście, sygnał do łowienia, rzucam daleko i znów atak w opadzie... Ogromnie lubię takie łowienie. Tym bardziej, że wszystkie ryby są ładne – powyżej 45 cm.

Po chwili powtórka... Co się dzieje??? Romek też wyjmuje ryby, nie wiem, czy nie więcej, tylko ma sporo krótkich. Ale piękne momenty maja to do siebie, że lubią się szybko kończyć. Niestety kolejne rzuty i napłynięcia zupełnie puste. Dopiero tuż przed zmianą stanowisk doławiam jednego czterdziestaka. Nastroje na kutrze raczej minorowe. Kiedy ryba żeruje jest znacznie weselej. W czasie przerwy wzmacniamy się zupą i posileni przystępujemy do drugiej odsłony. Pierwsze napłynięcie jest obiecujące. Burta odpływowa łowi – praktycznie każdy zapina dorsza, jest nawet jeden dublet. I w zasadzie to by było na tyle... Wracamy do marazmu. Pojedyńcze brania i najczęstszą zdobyczą są diabły... I tak spokojnie i melancholijnie mija czas.

Co kilka rzutów zmieniam gumy. I raczej jest to przejaw znudzenia niż determinacji. Ponieważ zauważyłem w pojemniku kilkanaście maleńkich, niestrawionych rybek, najprawdopodobniej wyplutych przez dorsza, na jedną z przywieszek założyłem trzycentymetrowego ripperka. Dziwnie wyglądał na sporym haku, ale... może to właśnie jest sposób? Skoro nie gryzą na standardowe przynęty, może warto spróbować czegoś zupełnie innego ? Kolejne napłynięcie, już jedno z ostatnich. Krótki rzut i... uderzenie. Sąsiad z prawej strony także ma rybę. Opór nie za wielki, ale czuję że jest troszkę większy niż „kołowrotkowy” - czyli muszę sobie jednak pomagać pompowaniem. Sąsiad wyciąga troszkę za krótkiego, a mój dorsz na oko jest dobry. Ale jeszcze się upewniam, Kładę na miarce i jest w porządku, spokojnie wymiarowy. Wziął właśnie na tego maleńkiego ripperka...To moja dziewiąta ryba. I ostatnia tego dnia, jak się później okazało.

Czasu na łowienie zostało już bardzo niewiele, po chwili słyszymy potrójny sygnał. To koniec łowienia na dziś. Wygrywam kuter z przewagą dwóch ryb nad drugim zawodnikiem, czyli Romkiem, z którym od rana staliśmy ramię w ramię. Spływamy do portu. Wiem, że w końcowej klasyfikacji, w najgorszym razie jestem drugi, bo dwóch sektorowych zwycięzców z wczoraj pokonałem dziś na kutrze, w bezpośredniej rywalizacji. Ale został jeszcze Tomek Kosiński, który dziś pływał na Shannon, a wczoraj miał znacznie więcej ryb ode mnie i wygrywając kuter pokonałby mnie ilością ryb. Do samego portu nie mam informacji.

Wreszcie widzę sędziego który rozmawia przez telefon, patrzy na mnie i podnosi kciuk do góry. Tomek jest drugi na kutrze, a tym samym, z dwoma jedynkami, zostaję Mistrzem Okręgu. Pierwszy raz na morzu..

Do tej pory miałem trzy indywidualne brązowe medale. Złota bardzo brakowało mi w kolekcji … Koledzy z drużyny połowili troszkę gorzej niż wczoraj i mam obawy, czy uda nam się załapać chociaż na szóste miejsce. Ale i tu spotyka nas niezwykle miła niespodzianka...

Dziś wyniki były znacznie gorsze i praktycznie nie było zespołu bez wpadki, nasza wczoraj wypracowana przewaga, wystarcza na brązowy medal ! Do srebra zabrakło nam jednego punktu, ale to nieważne. Ważny jest medal... Ten brąz cieszy mnie chyba bardziej niż sukces indywidualny... Nasza morska drużyna już dawno nie miała „medalowego” miejsca. Ambicje są, zdolności też, ale troszkę brakowało szczęścia... 

Z trudnych zawodów wracamy z dwoma medalami. Darłowskie dorsze były bardzo wymagające... Cieszy ogromnie fakt, że udało się nam trafić w ich gusta i wracamy z Mistrzostw z tarczą. Już niedługo kolejne zawody w Darłówku...

Piotr Kozak